Losy wojenne wielu Polaków powiązane były z ziemią pyrzycką, co nie powinno szczególnie dziwić. Urodzajne czarne ziemie wymagały dużego nakładu pracy fizycznej, do której wykorzystywano przymusowych pracowników, głównie z Polski. Pozwoliłem sobie przybliżyć historię Pana Jerzego Sowińskiego z Uniwersytetu Trzeciego Wieku, członka szczecińskiego jego Oddziału, który opisał swoje doświadczenia z pobytu w Rosinach (gmina Przelewice), wcześniej Rosenfelde, na stronach tego stowarzyszenia. Zachęcam jednocześnie do zapoznania się z innymi treściami portalu (http://www.sutw.szczecin.pl).
Relacja brzmi następująco: „W styczniu 1940 r. wraz z rodzeństwem: dwie siostry i brat oraz mamą i babcią zostałem wywieziony na roboty do Niemiec. Trafiliśmy do bauera Rudigera we wsi Rosenfelde, pow. Pyritz, obecnie Rosiny pow. Pyrzyce. Mama ze starszym rodzeństwem musiała pracować w polu. Zimą z braku innych zajęć należało wywozić śnieg do stawu. Robotnicy przymusowi musieli nosić naszyty znak P na zewnętrznej odzieży, co oznaczało: „My jesteśmy narodem panów a obcokrajowcy SA naszymi parobkami”.
Gdy skończyłem 7 lat zmarła moja babcia, a ja będąc sam w domu, gotowałem obiady dla całej rodziny. Przez żonę bauera byłem wykorzystywany do prac przydomowych i w ogrodzie. Byliśmy poddani rygorowi. Bez zezwolenia nie można było opuszczać miejsca pobytu, dowiedzieliśmy się, że za niewielkie wykroczenia miejscowy policjant zastrzelił w tym 5-letnim okresie kilka osób. Zmorą dla mnie i innych niewolniczych dzieci były grupy Hitlerjugend, przez które byliśmy prześladowani. Nazywano nas szwajne polen. Nie istniało pojęcie nauki w żadnej postaci.
Przed wywózką mamę poinformowano, że jeżeli zabierze jakąkolwiek książkę oprócz do nabożeństwa, to zamiast na roboty, pojedzie do obozu. Na tej książeczce moje starsze siostry nauczyły mnie czytać i pisać. Chciałbym tu przytoczyć klasyka: „Krwawa dziura – to było moje dzieciństwo. Nie mogę powiedzieć, że mam jakieś wielkie pretensje do Niemców, że czegoś od nich oczekuję, czy czegoś żądam. Chciałbym tylko, żeby wiedzieli co mi zrobili – zniszczyli moje dzieciństwo i zrujnowali moją ośmioletnią wyobraźnię”. (Jarosław Marek Rymkiewicz).
Tę beznadzieję przerwały naloty alianckie na Szczecin w 1944 r., które słyszeliśmy i widzieliśmy z mojej miejscowości. Cieszyliśmy się, że skoro tu biją Niemców, to może wojna szybko się skończy, a my będziemy wolni.Tak nadszedł rok 1945. Ludność niemiecka uciekała przed frontem za Odrę. W styczniu wkroczyła Armia Czerwona i zaczął się powszechnie znany szaber i gwałty. Rosjanie nam, Polaczkom kazali jechać do Polski, wskazując kierunek wschodni. Rozpoczęła się nasza gehenna. Wzięliśmy wóz i konia od bauera, zapakowaliśmy skromny dobytek, nakryliśmy wóz plandeką, ukrywszy pod nie siostry i ruszyliśmy. Wszystkie drogi były zatłoczone pojazdami i taborami końskimi. Wojsko zmierzało ku Odrze. Rosjanie okrążali bronione przez Niemców miasta. Staraliśmy się z innymi powracającymi tworzyć kolumny i wywieszać flagę narodową. To nas broniło jedynie przed zepchnięciem wozu do rowu, ale nie przed ciągłym zabieraniem nam koni. Staliśmy wówczas z bratem tak długo, aż nie złapaliśmy jakichś błąkających się koni. Jeżdżąc w kółko przy kilkunastostopniowym mrozie, kierowani przez wojsko, dotarliśmy po dwóch tygodniach do wsi Bierzwnik w powiecie choszczeńskim.”
Obok widokówka z opisywanej miejscowości Rosiny, wysłana … uwaga 11.09. 1900 roku do odbiorcy w Berlinie. Na miejscu była już w dniu następnym.
dr Wojciech Kuźmiński